czwartek, 8 czerwca 2017

Powrót.... (i udziergi 1 i 2/2017)

Długo mnie tu nie było i dużo się działo. Na wszystkich frontach. Mianownik wspólny tych spraw jest taki, że - przynajmniej na razie - niezbyt nadają się do publicznej wiwisekcji. Jedno dobre, że adres się nie zmienił, więc blog dalej może nosić słowo "Alpy" w tytule. A zmiany, choć czasami trudne, były potrzebne i patrzę naprawdę optymistycznie w przyszłość.

Do drutów wróciłam, jakże mogłoby być inaczej. Siła nałogu...
Udało mi się skończyć i cyknąć fotki:

Skarpetki dla córki starszej, nazwane "Good morning Starnberg", jako że zrobione z wełny Opal Hundertwasser "Good morning city" akurat w dniu, kiedy z koleżankami pojechałam na babską imprezę do Starnbergu. Impreza świetna, w ramach tygodnia francuskiego, organizowanego przez miasto Starnberg i jego miasto partnerskie Dinard we Francji. Było wino, dobre jedzenie, muzyka, rozmowy, dużo śmiechu i nocna kąpiel w jeziorze (w maju!), więc jak najbardziej pasuje do radosnych kolorów skarpetek.



Test na Ravelry, wzór Miranda Hat. Dla mnie. Tym razem na szaro, ale i tak widać słońce!
Przy okazji, niedawno otrzymałam od koleżanki profesjonalną analizę kolorystyczną. Fajna sprawa, pomaga poczuć się pewnie, przetrzepać bez żalu garderobę i unikać zakupowych wpadek. Wyszło mi, ku niemałemu zaskoczeniu, że jestem chłodną zimą (cool winter) , czyli moje intuicyjne granaty i szarości jak najbardziej pasują.

No i tyle, następny wpis, jeśli pogoda dopisze, będzie bardzo alpejski! Trzymajcie się i zaglądajcie!


skarpetki:
druty Zing 2,5 i wełna Opal Hundertwasser, kolor "Good morning city"

czapka:
druty Zing 2,5 i 3,0 oraz wełna Opal Fabel w kolorze szarym

niedziela, 18 grudnia 2016

Czapki, czapki!

Uwielbiam grudzień! Jedynie ciemności mnie dobijają, bo chociaż Niemcy, podobnie jak Skandynawowie, są mistrzami oświetlania i podświetlania, to z reguły nie mam co liczyć na więcej naturalnego światła niż pojedyncze promienie:

I to właśnie w takich romantycznych okolicznościach przyrody...

aczkolwiek dojazdy do pracy same w sobie miewają całkiem przyjemne aspekty: 

Zgodnie z prawem Murphy'ego oczywiście w weekendy musi lać albo trzeba spędzić pół dnia w budowlanym albo dzieciory przywloką do domu jakieś gonokoki... najczęściej wszystko razem, a na sesję w plenerze czeka już całe naręcze czapek: 
Fall into the Leaves, test wzoru na rav. Uwielbiam! Łatwy i jednocześnie efektowny ażur, a czapka świetnie układa się na głowie. Bardzo jestem z niej zadowolona, tyle że jak widzicie - czerwonego po ciemku się nie sfotografuje! Wykorzystałam mały motek (50 gr) skarpetkowej wełny Jawoll wygranej na początku roku w KALu u Amanity.

Kolejny test, Lace Charm Hat, też dostępny na Rav. Tym razem dla mojej córki, więc jak tylko zaczną się ferie, zrobię młodej sesję plenerową. Jak zakłada czapkę, to widać piękny wzór lace, który niestety ginie fotografowany na płasko. Czapka na drutach 4,5, więc powstała szybko. Wełna SMC Riana w kolorze pożądanym przez młodą.
Z mojej tradycyjnej miłości do granatów powstała prosta czapka wg projektu własnego. Wykorzystałam na nią kłębek Regii hand-dyed w kolorze lapis lazuli (mianm!), która jest przemiła w dotyku, ale zbyt się kłaczy, żeby zrobić z niej skarpetki. W formie czapkowej ma się doskonale.

Czapka, którą roboczo nazwałam "estońska", bo wygląda jak estońska flaga i bałycki piasek... Kolejny skarpetkowy, tyle że tym razem gruby (Online Country Color, ośmionitkowa), kłębek, który jęczał w czeluściach kartonu z wełną, a w formie czapki dostał nowe życie. Planowo miała to być czapka dla syna, ale wyszła spora i ją przejęłam, skutkiem czego pierwszy raz w życiu mam coś z dodatkiem żółtego!

No i tyle, pracuję, jestem w trakcie ważnych egzaminów (w piątek pisałam państwowy, brr, 11 stron maczkiem, w tym diagramy i tabelki, a tylko 2 godziny, ręce mi zdrętwiały!...a pojutrze kolejny, tym razem językowy) i właściwie wszyscy już odliczamy czas do świąt!

wtorek, 1 listopada 2016

Ślady polskie 2 - polscy lotnicy na brytyjskim cmentarzu wojskowym w Dürnbach

Jako że nie mamy w okolicy "własnych" grobów, wybraliśmy się dzisiaj na cmentarz w Dürnbach, gdzie, jak przeczytałam tutaj, spoczywają także polscy lotnicy z Dywizjonu 300  oraz Squadron 138 RAF (to ci, dla których zabrakło już miejsca w dywizjonach 300 i 301). W pierwszym podanym linku możecie poczytać dokładnie o operacjach powietrznych, w których brali udział oraz okolicznościach śmierci tych, którzy dzisiaj spoczywają u podnóża Alp.

Od strony drogi:
Informacja przy wejściu:
Groby polskie,choć rozproszone po całym cmentarzu,  łatwo je wyszukać po stożkowatych dachach, polskim orle i... świeczkach. Widać, ktoś już był przed nami, zresztą wychodząc, spotkaliśmy jeszcze dwie polskie rodziny, które właśnie przyjechały. Dopiero oglądając zdjęcia, zorientowałam się, że zrobiłam je, zanim zapaliliśmy każdemu Polakowi znicz.

Równe rzędy wojskowych grobów, widok na jesienne Alpy i w pobliżu muczą krowy. 

Ciekawostka - wszystkie nagrobki wykonano wg schematu brytyjskich cmentarzy wojennych, przy czym oznaczano pochodzenie i jednostkę. Wśród poległych dostrzegliśmy zarówno żołnierzy różnych jednostek Royal Air Force (piloci, mechanicy pokładowi, nawigatorzy itd.), jak i Kanadyjczyków, Australijczyków, Nowozelandczyków i żołnierzy z brytyjskich kolonii w Afryce i Azji. Krzyże, gwiazdy Dawida, symbole róznych religii z Indii czy Pakistanu. Niektóre nagrobki opisane jedynie lakonicznie "poległy, znany Bogu". 



Dürnbach leży na południe od Monachium, w pobliżu jeziora Tegernsee. Będąc na wycieczce, warto zboczyć z głównej drogi i odmówić "Wieczny odpoczynek" nad grobami tych, którzy walcząc o wolną Polskę, spoczęli na obcej ziemi.

niedziela, 30 października 2016

Jesienne drobiazgi, szal 12 i czapka 13/2016

Patrol rzeczny w osobach trzech rowerzystów, przyczepkowicza i psa, postanowił wykorzystać dzisiejszą zmianę czasu (wiecie, tak łatwo wstać i w ogóle, jakoś się człowiek ze wszystkim wyrabia) oraz jesienne słońce i wyciągnęliśmy rowery. Ulubiona trasa nad rzeką - po całym tygodniu przed kompem i albo w pomieszczeniu albo w tej bardziej industrialnej części miasta  - odpoczynek dla oczu i ducha! Krystalicznie czyste powietrze i kojące kolory - żółte liście i białe pienie brzóz, zielone iglaki i jałowce, srebrne kamienie i zimny turkus wody. Ufff.



Ławeczka. Spostrzegawczy dostrzegą sprytnie schowany element grilla. Jak wspomnienie lata, kiedy rzeczywiście nie brakowało grillujących.


Skoro lato minęło, to czy to droga do zimy?


Chociaż nie, brzozy dzielnie pilnują jesieni....

A jak popatrzeć ponad brzozami, dostrzegamy na wzgórzu w oddali białe wieże kościoła:

Za to na wyciągnięcie ręki mnóstwo jagód jałowca:


I wełna pozuje do aparatu pasąc się w najlepsze:


Z wełny ostatnio udało mi się zrobić kilka jednomotkowych drobiazgów, które są w ciągłym użyciu, a jakoś trudno je złapać do obfocenia.

Czapka jesienna dla najmłodszej, kolejna Fasolka do kolekcji:

I last but not least, szalik Close to you, też projekt Justyny Lorkowskiej. Zakochałam się w nim i pewnie namówię męża na porządną sesję, bo jest takowej bardzo wart. U mnie w dodatku dowód na to, że wełna musi poczekać na swój wzór i będzie dobrze. Nieco grubsza skarpetkowa (dlatego szalik na drutach 5,0 - bardzo polecam, bo można osiągnąć przyjemną wielkość z jednego motka!), która leżała, leżała i niby fajna, a jakoś do niczego mi nie pasowała. Aż zobaczyłam ten wzór i wiedziałam, że trzeba spróbować. Noszę codziennie...

Dane techniczne:
czapka Fasolka - druty 2,5 i 3,0, wełna Schöller&Stahl skarpetkowa z bawełną, która na skarpetki zupełnie nie pasuje, a na czapkę dla malucha i owszem
szalik Close to you  - druty 5,0 i wełna Opal Romance 6016




piątek, 7 października 2016

Dzierganie, czytanie i... okolicy poznawanie


Co powiecie na dzierganie w takich okolicznościach przyrody?




Wolny dzień (niemieckie świętowanie zjednoczenia) wykorzystaliśmy na rodzinny spacer. Trasę w jedną stronę pokonał na własnych nogach nawet nasz prawie przedszkolak (wrócić do domu pomogły nosidło oraz moje nogi).

Wczesna jesień jest urocza!



I oczywiście bliskie spotkania na szlaku, tym razem przyjacielska morda się trafiła:



Przez mostek...


trochę w górę:



Uwielbiam jesienny światłocień. I zapach jesiennego lasu.

Na drutach szal Closer, który właśnie poszedł się wyciągać i przeciągać, więc jutro albo pojutrze będzie gotów pokazać się światu. A lektura - dość absurdalna w górach, bo kryminał rodem znad Morza Północnego. Zatytułowany "Nebeltod", czyli śmierc we mgle i rzeczywiście, trup ściele się gęsto, a listopadowa mgła opisana dokładnie tak, jak ją sama pamiętam z pobytu na północy. Na razie podczytuję, a mąż się śmieje, że w lekturze tego typu wynajduję nieścisłości imienniczo-historyczne. Dumna jestem głównie z tego, że wreszcie trafiłam do naszej wiejskiej biblioteki.

Post powstał w ramach Wspólnego Dziergania i Czytania u Maknety, zobaczcie, co dziergają i czytają inni!

piątek, 23 września 2016

11/2016 sweter Jay dla najmłodszej

Jaki jest Jay?
Jay jest fajny!
Ciepły, miękki, dobrze leży... Córa go uwielbia i bardzo chętnie nosi. Do zabawy, na placyk, na spacery - super!
A do tego wydziergał się błyskawicznie. Żyć, nie umierać!






Wzór Jay Sweater można kupić na Ravelry u projektantki Danskknit, a ja miałam przyjemność testować. Druty nr 6,0, użyłam wełny Patons Silenzio Chunky (mieszanka z alpaką, więc jest bardzo miękki) i potrzebowałam 6 guzików.

A to nasze "kamieniołomy":



Pies też w raju:

A poza tym, uwielbiam kwiaty jesieni! I kwiatowych mieszkańców też.







A poza tym, uwielbiam kwiaty jesieni! I kwiatowych mieszkańców też.

wtorek, 20 września 2016

Rublowka i... kot odnaleziony

Ta błoga chwila, kiedy matka trojga może udawać, że nie słyszy, że jedno wyje za zgubionym zębem, drugie uważa, że jest tygrysem, a trzecie... no trzecie, ogólnie, nie chce być gorsze od rodzeństwa. Ale matka mówi stop! Robi sobie aromatyczną herbatę, olewając obwód obojętne czego wyciąga zabunkrowany przed potomstwem kawałek ciasta cytrynowego (bezglutenowego!) i zabiera się za książkę. Za druty zabierze się za chwilę.



"Rublowka" Walerija Paniuszkina to zbiór anegdot, opowieści i legend o crème de la crème rosyjskich nuworyszy, czyli mieszkańcach podmoskiewskiej Rublowki. Książka dostana, umieszczona głęboko w czeluściach regału - jak się okazuje, zupełnie niesłusznie. Świetna, odprężająca lektura, taka akurat. Nieangażująca. Lekka. Do wieczornej herbaty - świetna.

A poza tym?
Ja na diecie - bezglutenowej. Niemcy nie umieli mnie zdiagnozować długo. Nowe przypuszczenia, zawierające coraz bardziej wyszukane terminy i egzotyczne nazwiska padały jedno po drugim, lekarstwa zmieniano, a wyniki szalały i ja czułam się coraz gorzej. Polska medycyna poradziłą sobie ze mną w jeden dzień. Umartwień zero, może poza wielkanocnym żurkiem, a kondycja już nie do porównania. To rozumiem!



I kot... Jeśli pojawiły mi się pierwsze siwe włosy, to nie mam wątpliwości, z jakiego powodu. Wracamy w nocy z Polski, kotki brak. Przygotowane puszki pełne. Nocny dramat. Rano do sąsiadów, którzy mieli karmić kota i wiadomość, która zbiła nas z nóg. Kociak wyleciał na dwór, przed domem akurat było sporo ludzi (piękna niedziela i mnóstwo turystów we wsi), a jak młoda sąsiadka poleciała zobaczyć, co się dzieje, to już ani ludzi ani kota. Jak kamień w wodę. Kocica nie przyszła na posiłek i mimo szukania, nie pokazała się nigdy więcej. Druga kocica miauczała dość zawodząco i prowadziła nas na parking. Czyżby kot przejechany? Nikt nic nie wie, a na wsi takie rzeczy wiedzą zawsze. W schronisku nie ma, weterynarzowi nikt znajdy nie podrzucił. Dzieci w czarnej rozpaczy, ja na pytania "mama, dzie kota?" dostaję guli w gardle. Akcja poszukiwawcza, chociaż wszyscy mówią, żeby nie mieć nadziei, bo małe kociaki kradną i tyle. W Polsce tysiące kociej bidy, a tutaj ludzie z miasta, którym nie chce się pokombinować, idą na skróty. Kot nie miał jeszcze chipa, więc nawet ta mizerna szansa odnalezienia, odpada. I kiedy wydawało się, że już nic, nagle zgłasza się ktoś, kto zna znalazcę pręgowanego kociaka. Telefon, wszystko się zgadza, lecimy pędem. Kocica od razu przybiega, jeszcze pamięta swoje imię. Zaczyna mruczeć jak dzika. Nie posiadamy się ze szczęścia.
Co się okazało? Jakiś idiota podobno złapał kota i poszedł sobie z nim do gospody na drugim końcu wsi. Tam zapytany, skąd ma kota, odpowiedział, że tu taki chodzi i puścił wolno. Mieszkańcy okolicznych domów nie mogli przypasować młodziaka do żadnej ze swoich kotek, więc w końcu ktoś przygarnął kocią sierotę.
Tak więc tygrys w kwarantannie, bo trochę zdziczał, w nas wróciło życie, no i przestawiamy się na jesienne tory. Jak łaskawie wyjrzy słońce, wyjdę z małą modelką na sesję zaprezentować nowe udziergi.